Odpowiedzialność ma dwa znaczenia
Niedawno byłem gościem podcastu, w którym rozmawialiśmy o budowaniu domów, remontach, izolacjach i problemach, które wychodzą często dopiero po latach. Rozmowa była merytoryczna, techniczna i – jak się później okazało – wystarczająco „drażliwa”, by pod wideo pojawiła się bardzo ciekawa dyskusja w komentarzach.
To właśnie ta wymiana zdań, a nie sam podcast, uświadomiła mi coś ważnego: słowo „odpowiedzialność” bywa rozumiane w zupełnie różny sposób, a rozmówcy często nie tyle się ze sobą nie zgadzają, co mówią o dwóch różnych rzeczach, używając tego samego słowa.
Dwa znaczenia jednego słowa
W komentarzach pojawił się klasyczny argument: inwestor nie ma obowiązku znać się na budownictwie, bo odpowiedzialność ponosi kierownik budowy, inspektor, wykonawca. I formalnoprawnie – to jest prawda. Prawo budowlane jasno określa zakres odpowiedzialności poszczególnych uczestników procesu.
Problem zaczyna się wtedy, gdy odpowiedzialność rozumiana jest wyłącznie formalnoprawnie.
Bo istnieje jeszcze drugie znaczenie odpowiedzialności – to, którego prawo nie opisuje paragrafami, ale które w praktyce decyduje o tym, czy inwestor będzie spał spokojnie, czy latami walczył z konsekwencjami cudzych decyzji.
Odpowiedzialność formalnoprawna
Pierwsze znaczenie to odpowiedzialność, którą:
- da się zapisać w ustawie,
- da się przypisać konkretnej osobie,
- da się egzekwować w sądzie.
To odpowiedzialność kierownika budowy, inspektora nadzoru, projektanta czy wykonawcy. W razie błędów – można:
- powołać rzeczoznawcę,
- złożyć pozew,
- dochodzić odszkodowania z polisy OC.
Tyle że ta droga jest:
- długa,
- kosztowna,
- obciążająca psychicznie,
- i – co najważniejsze – nie rozwiązuje problemu tu i teraz.
Bo dom przecieka, fundamenty są źle wykonane, konstrukcja jest zmieniona w trakcie budowy, a inwestor nadal musi w tym domu mieszkać albo spłacać kredyt.
Odpowiedzialność za własny interes
Drugie znaczenie odpowiedzialności, o którym mówiłem w podcaście i w komentarzach, to coś zupełnie innego. To odpowiedzialność rozumiana jako pilnowanie własnych spraw i własnego interesu.
Nie oznacza ona, że inwestor ma znać się na:
- statyce,
- żelbecie,
- hydroizolacjach,
- normach technicznych.
Oznacza natomiast, że:
- interesuje się tym, co dzieje się na jego budowie,
- zadaje pytania,
- chce rozumieć konsekwencje zmian,
- jest obecny i uczestniczy w podejmowaniu decyzji.
Bo to jest jego dom. Jego pieniądze. Jego ryzyko.
Gdzie pojawia się problem
Wielu inwestorów – często zupełnie nieświadomie – abdykuje z tej pierwszej odpowiedzialności, uznając, że skoro ktoś inny „ponosi odpowiedzialność”, to oni nie muszą się angażować.
W praktyce wygląda to tak:
- „kierownik wie lepiej”,
- „inspektor to sprawdzi”,
- „wykonawca bierze odpowiedzialność”.
I dopiero gdy ta pierwsza odpowiedzialność – ta za własny interes – nie została wzięta, trzeba niestety polegać na tej drugiej. Formalnoprawnej. Trudniejszej. Droższej. Czasochłonnej.
Wtedy pojawia się prawnik. Pojawia się sąd. Pojawia się orzecznictwo. Tylko że to już jest gaszenie pożaru, a nie zapobieganie jego powstaniu.
Prawnik patrzy w paragrafy. Budowa dzieje się wcześniej.
Prawnik zawsze będzie patrzył na paragrafy – i słusznie, bo taka jest jego rola. Ale budowa i remont nie dzieją się w sądzie, tylko w błocie, wykopie, deskowaniu i betonie.
Tam nie wygrywa się spraw, tylko:
- zapobiega błędom,
- ogranicza ich skalę,
- zmniejsza ryzyko.
Bycie proaktywnym na etapie budowy to nie brak zaufania. To świadomość, że odpowiedzialność formalna i odpowiedzialność życiowa to nie to samo.
Prewencja zamiast paragrafów
Nie twierdzę, że da się uniknąć wszystkich problemów. Nie twierdzę, że obecność inwestora rozwiązuje wszystko. Twierdzę natomiast, że:
- zmniejsza liczbę błędów,
- ogranicza ich skalę,
- pozwala reagować wcześniej,
- często eliminuje potrzebę wieloletnich sporów.
I właśnie to nazywam braniem odpowiedzialności za swoje interesy.
Nie zamiast odpowiedzialności formalnoprawnej – ale zanim trzeba będzie z niej korzystać.