„Nie trzeba” — czyli izolacja fundamentów i jej „oszczędności”
Większość problemów z wodą w budynkach nie zaczyna się od przecieku. Zaczyna się znacznie wcześniej — od decyzji podejmowanych na etapie projektu i budowy, wtedy, gdy „jeszcze nic się nie dzieje”.
Dopóki ściany są suche, a wykop wygląda niewinnie, łatwo uznać, że temat izolacji można potraktować drugorzędnie. Że wystarczy „coś czarnego dać”. Że beton jest wodoszczelny. Że skoro w wykopie nie było wody, to problem się nie pojawi. Tyle, że woda nie reaguje na przekonania. Reaguje na fizykę.
I właśnie o tej różnicy — między wiarą, a mechaniką rzeczywistości — jest najnowszy odcinek kanałów „Budowa domu w praktyce” oraz „Jak się wybudować”. To rozmowa o zawilgoceniach, przeciekach i konsekwencjach decyzji podejmowanych „na skróty”. O tym, co da się naprawić i o tym, do czego lepiej nie dopuszczać — bo później kosztuje to nieporównywalnie więcej.
Skoro przecieka metro… skąd wiara, że izolacja fundamentów jest zbędna?
W podziemiu nie ma miejsca na życzeniowe myślenie. Są konstrukcje, które mają trzy, cztery, pięć kondygnacji pod ziemią. Są miejsca, gdzie woda jest dosłownie wszędzie, a dostęp od zewnątrz jest praktycznie niemożliwy. Jeśli dno obiektu znajduje się około 40 metrów poniżej poziomu ulicy (jak w przypadku stacji metra Świętokrzyska), nikt nie będzie „odkopywał” ściany, żeby doszczelnić ją z zewnątrz. Gdy coś przecieka, pozostaje działanie od środka.
Z tego wynika wniosek, który wielu inwestorów w domach jednorodzinnych ignoruje: nawet bardzo dobrze wykonany żelbet potrafi przeciekać i przecieka. Nie dlatego, że ktoś zrobił fuszerkę. Po prostu dlatego, że beton pęka i pracuje, a woda korzysta z każdej szansy.
Skoro więc przeciekają konstrukcje realizowane przez zespoły specjalistów, z nadzorem, procedurami i budżetami — to skąd bierze się przekonanie, że w domu jednorodzinnym „na pewno będzie idealnie”? Różnica między tymi światami jest ogromna — i działa dokładnie odwrotnie, niż większość ludzi intuicyjnie myśli. W dużych inwestycjach każdy element jest liczony, sprawdzany i analizowany przez kilku projektantów. Każda decyzja jest konsultowana, nadzorowana, odbierana i poprawiana, a każda zmiana wraca do obliczeń. A mimo to woda i tak się pojawia…a domy jednorodzinne? projektant widzi działkę tylko na mapie, kierownik budowy pojawia się dokładnie dwa razy…na początku i końcu budowy :)a o izolacji decyduje dostępność materiału w hurtowni albo opinia speców z Facebooka,
„Nie trzeba” — najdroższe dwa słowa na budowie
I jeszcze jedna historia, świeża, bo wydarzyła się dosłownie niedługo po emisji tego odcinka.
Telefon od słuchacza. Pytanie brzmi rozsądnie, jak większość pytań, które później kończą się kosztownymi remontami: czy robić izolację fundamentów, skoro kierownik budowy powiedział, że „nie trzeba”?
Klasyka.
Więc pada pierwsze pytanie: kto będzie mieszkał w tym domu — kierownik czy Pan?
Krótka pauza. „No… ja”.
Moja rada do tego rozmówcy: „proszę zdobyć te poradę KB na piśmie, ciekawe czy nadal tak samo chętnie jej udzieli w oficjalnej formie?…”
i drugie pytanie: a czy kierownik będzie partycypował w kosztach, jeśli za kilka lat okaże się, że jednak trzeba było?
„No nie”.
I w tym momencie rozmowa właściwie się kończy, bo wszystko jest już jasne.
Bo „nie trzeba” to bardzo wygodne słowo, kiedy nie ponosi się konsekwencji. Łatwo doradzać oszczędności, gdy nie będzie się później skuwać tynków, osuszać ścian, rozbierać posadzek i płacić za naprawy liczone w dziesiątkach tysięcy złotych.
Woda nie pyta, kto podjął decyzję. Nie interesuje jej, kto był kierownikiem budowy i co „zawsze się robi”. Po prostu przychodzi. A rachunek zostawia temu, kto w tym domu mieszka.
I dokładnie o tym jest ten odcinek.
Nie o straszeniu.
Nie o „jedynie słusznych rozwiązaniach”.
Tylko o tym, że najdroższe decyzje to często te, które miały być oszczędnością.
Iniekcja ciśnieniowa — „zastrzyk” dla konstrukcji, gdy nie ma innej drogi
Samo słowo „iniekcja” brzmi medycznie — i nieprzypadkowo, bo oznacza „zastrzyk”. W budownictwie to dokładnie to samo: wprowadzenie materiału pod ciśnieniem tam, gdzie konstrukcja przepuszcza wodę. Najczęściej jest to żywica podawana pompą — do wnętrza elementu, za element albo pomiędzy elementy, zależnie od problemu.
Najczęściej chodzi o doszczelnienie. Bo beton — nawet ten nazywany „wodoszczelnym” jest porowaty i pęka. A pod ziemią woda potrafi przesączać się przez rysy, styki i słabe miejsca. Każdy, kto parkował w garażu podziemnym, kojarzy to z praktyki: kapie z góry, spływa po ścianie, robią się zacieki, wytrącają się sole. Z czasem to przestaje być „estetyka”, a zaczyna być problemem technicznym i użytkowym.
I tutaj pojawia się granica, której nie da się przeskoczyć: gdy konstrukcja jest głęboko pod ziemią, „normalna” naprawa od zewnątrz staje się kosmicznie niewykonalna. Nie rozbierzesz całego patio i nie odkopiesz stropu tylko po to, żeby znaleźć jedną rysę. Iniekcja jest wtedy ratowaniem sytuacji — skutecznym, ale nadal ratowaniem.
„Wodoszczelny beton” — hasło dobre do pierwszej rysy
Inwestorzy powtarzają jak mantrę: „zrobię wodoszczelny beton i nie będę miał żadnych przecieków”. To kuszące, bo brzmi jak skrót do świętego spokoju.
Tyle że w praktyce pierwsze pytanie powinno brzmieć: jaka jest grubość tego betonu? Jeśli mówimy o „w porywach do piętnastu” centymetrów, to w logice białej wanny jest to po prostu za mało. Przy tej technologii liczą się grubości rzędu co najmniej 25 centymetrów, żeby konstrukcja miała realną szczelność „w swojej masie”. A nawet wtedy — beton i tak może pęknąć.
Dlaczego pęka? Powodów jest wiele: zbrojenie, skład mieszanki, skurcz, temperatura, warunki wbudowania, tempo betonowania. W masywnym betonie temperatura wewnątrz może sięgać około 80°C, podczas gdy na zewnątrz jest kilka stopni. Ta różnica tworzy naprężenia. Beton pracuje. I pęka.
Do tego dochodzą sytuacje, które na mniejszych budowach zdarzają się częściej, niż ktokolwiek chce przyznać: beton „nie dojechał na czas”, jedna warstwa przeschła na wietrze i słońcu zanim poszła następna, strop się rozwarstwił, konstrukcja zachowuje się jak poszatkowana na kilka „placków”. Wtedy nie ma znaczenia, co było wpisane w specyfikacji. Produkt to jedno, a prawidłowe wbudowanie — drugie.
To samo dotyczy chemii budowlanej. Producent może opisać parametry masy czy „szlamu”, ale nie da gwarancji na szczelność konkretnej piwnicy, bo nie wie, jak i w jakich warunkach ktoś to wykona.
W praktyce „wodoszczelność” bywa więc szczęściem… albo efektem rzetelnej roboty. A sąsiad z tym samym projektem może mieć zupełnie inną historię.
Dom jednorodzinny: błędy zaczynają się zanim przyjadą meble
Najczęstsze kłopoty z wilgocią rzadko wynikają z jednego spektakularnego błędu. Częściej są konsekwencją myślenia „nam się nic nie zdarzy”. Zaczyna się od płytek, mebli i kolorów w łazience, a fundamenty traktuje się jak „coś, co po prostu jest”. Badania geotechniczne? Po co, skoro „wszyscy budują”. Izolacja? Może wystarczy „coś dać”. To coś najczęściej ma kolor czarny i jest na literkę „D”.
A potem przychodzi fizyka.
W wielu przypadkach problemem nie jest woda gruntowa, tylko woda opadowa: wsiąka, napływa, spływa po warstwach i zatrzymuje się na gruntach nieprzepuszczalnych. Przekonanie „nie mam piwnicy, nie potrzebuję izolacji” jest jednym z najdroższych skrótów myślowych.
Do tego dochodzi zdanie, które powtarza się zaskakująco często: „w wykopie nie było wody”. Nie było — a potem wykop zostaje zasypany i woda się objawia.
Izoleo: mniej zgadywania, więcej porównywania
Największy problem inwestorów to chaos:
- „Dysperbit wystarczy”,
- „tylko KMB”,
- „tu izolacja niepotrzebna”,
A prawda jest brutalnie nudna: to zależy.
Od gruntu, spadków terenu, konstrukcji, tego czy jest piwnica, jak rozwiązano styki, gdzie i jak odprowadzana jest woda.
Dlatego powstało Izoleo — jako narzędzie, które porządkuje temat i pozwala porównywać rozwiązania i obliczyć zapotrzebowanie zamiast „czuć je na oko”.
Częściowe podpiwniczenie: ściana, do której już nie wrócisz
Szczególnie problematyczny jest układ budynku na lekkim zboczu, na gruntach słabo przepuszczalnych, z częściowym podpiwniczeniem. Woda z wyższej partii terenu napływa, nie ma gdzie szybko odpłynąć, więc szuka drogi. I trafia na ścianę, której nie widać: ścianę dzielącą część podpiwniczoną od niepodpiwniczonej, ukrytą pod budynkiem.
Taka ściana działa jak tama. Zbiera wodę. A dostęp do niej bez prawdziwej demolki jest w praktyce nierealny: trzeba by zniszczyć podłogę w części niepodpiwniczonej, żeby w ogóle dostać się do zewnętrznej strony przegrody. To jeden z tych momentów, kiedy „zrobimy później” przestaje być opcją.
I tu zaczyna się rozmowa o pieniądzach.
Iniekcja kurtynowa: liczby, które leczą z „jakoś to będzie”
Gdy nie ma możliwości odkopywania, wchodzi rozwiązanie ratunkowe: iniekcja kurtynowa. Jej skala potrafi zaskoczyć każdego, kto myśli o naprawie jak o „szybkiej poprawce”.
Dla zobrazowania: przy niewielkich powierzchniach naprawianych rzędu 30–40 m² koszt może sięgać około 2,5 tys. zł netto za metr kwadratowy. Żeby to miało sens, potrzeba około 40 kg żelu akrylowego na metr kwadratowy, bo kurtyna działa tylko wtedy, gdy „poduchy” materiału za ścianą zachodzą na siebie i tworzą ciągłą barierę. Jeśli materiału będzie za mało — woda znajdzie lukę.
To nie jest „magiczny zastrzyk”. To jedna z najtrudniejszych technologii iniekcyjnych: materiał podaje się w grunt bez pełnej kontroli tego, jak się rozchodzi. Skuteczność ocenia się po czasie. A oszczędzanie na ilości materiału często kończy się tym, że płaci się dwa razy.
Nagle okazuje się, że „tania naprawa” nie istnieje.
50–70 litrów wody dziennie i rachunki jak za drugi dom
Są przypadki, w których z piwnicy odpompowuje się 50–70 litrów wody dziennie nawet w dni bezdeszczowe. Bloczki do wysokości 1,5 metra są białe od soli, izolacja była wykonana, ale niedokładnie, bez kluczowych detali (takich jak faseta między ławą, a ścianą).
A gdy przychodzi czas na realną naprawę od zewnątrz — odkopanie, usunięcie starej izolacji, zabezpieczenie wykopu na ponad dwa metry i wykonanie izolacji od nowa — potrafi to oznaczać miesiące pracy i kwoty rzędu 150 tys. zł. To moment, w którym wychodzi na jaw największa różnica między „zrobimy później” a „robimy dobrze od razu”.
Dom bez piwnicy też potrafi pływać
Brak piwnicy nie oznacza braku ryzyka. Na gruntach nieprzepuszczalnych zasypany wykop potrafi zachowywać się jak niecka. Woda opadowa spływa i zbiera się w „starym” wykopie pod fundamenty, kumuluje się na dnie i zaczyna podnosić poziomem wzdłuż ścian fundamentowych. Potem opływa ławy i próbuje wyrównać poziom również wewnątrz obrysu budynku — pod posadzką.
Jeśli pod posadzką jest tylko „kawałek folii na chudziaku”, zamiast izolacji podposadzkowej zgodnej z technologią opisywaną w literaturze fachowej, efekt potrafi być bardzo konkretny: woda stojąca na chudziaku, kilka centymetrów wody pod styropianem, mokre ściany, tynk stojący w wodzie i ogrzewanie podłogowe, które trzeba rozebrać, żeby w ogóle naprawić problem. A na zewnątrz — bajoro po niemal każdym deszczu, bo pod cienką warstwą ziemi znów jest glina.
Nie trzeba mieć piwnicy, żeby mieć problem z wodą. Wystarczy grunt, brak analizy ryzyka i kilka „rozsądnych oszczędności”, które wyglądają dobrze tylko do pierwszego sezonu deszczowego.
Jeśli chcesz zobaczyć te sytuacje rozłożone na czynniki pierwsze — z przykładami, liczbami i mechaniką, która za tym stoi — obejrzyj cały odcinek na kanałach „Budowa domu w praktyce” oraz „Jak się wybudować”. Warto dotrwać do końca, zanim woda przypomni, że nie interesują jej dobre intencje.
Pozdrawiam,
mgr. inż. Mateusz Furs
